22/ Lipiec 2017
Imieniny:
RITA 2016
 
Maksymiuk show

 „Jerzy Maksymiuk. Zatrzymać się w Białymstoku” to już drugi dokument poświęcony  znanym osobowościom sztuki związanych z naszym miastem zrealizowany przez Andrzeja Brańskiego. Bohaterem pierwszego był Krzysztof Rau, profesor i wybitny twórca teatru lalkowego. Z perspektywy czasu można powiedzieć o tamtym filmie, że był dobrze wykonany technicznie (operatorsko i dźwiękowo) oraz - bardzo wymagający. Wymagający, przede wszystkim, dla widza. Długość emisji, rozwlekła narracja oparta o wypowiedź jednego człowieka, niedostatek ciekawych zdjęć ilustrujących jego opowieść, niewielka liczba występujących postaci – wszystko to sprawia, iż po trzydziestu minutach w widzu zaczyna narastać znużenie, a po kolejnym kwadransie nie marzy już o niczym innym, tylko o zakończeniu projekcji. Z tego powodu dzieło nadaje się właściwie do jednorazowej prezentacji w gronie  rodziny i znajomych bohatera oraz zaproszonych gości. Trudno sobie wyobrazić, aby ktoś niezaangażowany emocjonalnie (np. telewidz) obejrzał ten film z własnej woli od początku do końca. (autor: Bywalec)

 

 „Jerzy Maksymiuk. Zatrzymać się w Białymstoku” to już drugi dokument poświęcony  znanym osobowościom sztuki związanych z naszym miastem zrealizowany przez Andrzeja Brańskiego. Bohaterem pierwszego był Krzysztof Rau, profesor i wybitny twórca teatru lalkowego. Z perspektywy czasu można powiedzieć o tamtym filmie, że był dobrze wykonany technicznie (operatorsko i dźwiękowo) oraz - bardzo wymagający. Wymagający, przede wszystkim, dla widza. Długość emisji, rozwlekła narracja oparta o wypowiedź jednego człowieka, niedostatek ciekawych zdjęć ilustrujących jego opowieść, niewielka liczba występujących postaci – wszystko to sprawia, iż po trzydziestu minutach w widzu zaczyna narastać znużenie, a po kolejnym kwadransie nie marzy już o niczym innym, tylko o zakończeniu projekcji. Z tego powodu dzieło nadaje się właściwie do jednorazowej prezentacji w gronie  rodziny i znajomych bohatera oraz zaproszonych gości. Trudno sobie wyobrazić, aby ktoś niezaangażowany emocjonalnie (np. telewidz) obejrzał ten film z własnej woli od początku do końca.

Z tego punktu widzenia białostocka historia Jerzego Maksymiuka jawi się jako znaczący postęp. Przede wszystkim jest krótsza: choć to wciąż ok. 47 minut. Akcja toczy się szybciej, a plenery zmieniają się częściej. Dzieje się tak zapewne za sprawą temperamentu głównego bohatera, który sprawia wrażenie jakby przejął całkowitą władzę nad filmem. Być może nawet wbrew woli jego twórców.

Światowej sławy dyrygent i kompozytor Jerzy Maksymiuk urodził się w Grodnie, ale dzieciństwo spędził w Białymstoku. Dziś chętnie przyznaje się do białostockiego dziedzictwa. Jest też doceniany przez tutejsze władze i traktowany jak regionalny ambasador akredytowany przy światowych salonach wysokiej kultury. A że jest postacią barwną i rozpoznawalną, swoje promocyjne obowiązki wykonuje z wdziękiem i, co najważniejsze – skutecznie. Jego muzyka   pracuje za niego. Wydawałoby się: wymarzony bohater do biograficznego dokumentu - istny samograj.

 No, cóż, Maksymiuk wielkim artystą jest, ma jednak pewną istotna wadę: nie potrafi wypowiedzieć pod rząd trzech zdań na jeden temat. Wszystko mu się ze wszystkim kojarzy; wpada w piętrowe dygresje, powołuje się na nieznane słuchaczom postacie i sytuacje. Nie kończy rozpoczętych zdań. Za to nader często kończy myśli, których wcześniej nie rozpoczął. Na żywo nie wypada to nawet  źle – taki uroczy chaos. Jednak z punktu widzenia realizatorów filmu, którzy oparli narrację na monologu głównego bohatera, to prawdziwy koszmar. A jeśli do tego bohater nie pozwala się prowadzić ani dyscyplinować, chaos przenosi się na ekran.

 W rezultacie Maksymiuk chodzi gdzie chce i mówi co mu akurat do głowy przyszło. Odwiedza pewne miejsca w towarzystwie brytyjskich przyjaciół, którym przekazuje chaotycznie i zdawkowo (po angielsku) garść informacji  z dzieciństwa. Odwiedza jakiegoś zegarmistrza, z którym zamienia kilka banalnych zdań. Potem pojawia się w bliżej niezidentyfikowanym punkcie ksero. Bywa się także w Filharmonii i szkole muzycznej. Opowiada o sobie, muzyce, koncertach, instrumentach. Niby akcja dzieje się w Białymstoku, jednak do końca nie wiadomo, co takiego szczególnego jest w tym mieście, że wielki artysta tak bardzo go polubił. Widz otrzymuje coś w rodzaju „Maksymiuk show”, czyli składankę luźnych epizodów i refleksji, które niekoniecznie składają się w logiczną całość.

Być może lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby o białostockim epizodzie wielkiego muzyka opowiadali przyjaciele i znajomi z dzieciństwa. Tyle, że sprawa dotyczy odległej przeszłości i dość krótkiego okresu – ok. 10 lat. Prawdziwa kariera Maksymiuka zaczęła się znacznie później. Nie żyje znakomity  fotografik Wiktor Wołkow, wielki przyjaciel artysty. Konfrontacja tak różnych osobowości i temperamentów  mogłaby dać ciekawy efekt na ekranie. Cóż, czasu nie da się cofnąć.

 Ostatecznie film da się obejrzeć bez heroicznego wysiłku. Zwłaszcza w towarzystwie głównego bohatera. Tę szansę mieli zaproszeni goście, którzy przyszli na uroczystą premierę do białostockiej Opery. Impreza wypadła całkiem okazale. Jednak z punktu widzenia producentów   filmu ważniejsza jest odpowiedź na inne pytanie: co dalej? Czy satysfakcjonuje ich rola twórców dzieła przeznaczonego do jednorazowego pokazania zaproszonym gościom czekającym na katering? Skądinąd wiem, że nie. Czy zatem ich film ma szansę pojawić się w, choćby najbardziej ograniczonym, obiegu telewizyjnym? A może mógłby liczyć na wyróżnienie na jakimś festiwalu filmów o sztuce? Obawiam się, że nie.

Najsłabszym elementem tej produkcji jest scenariusz, a konkretnie brak pomysłu, idei, które uporządkowałyby chaos rozsiewany przez głównego bohatera. Po zakończeniu projekcji w głowie zmęczonego widza nie pozostaje nic poza, być może, przeświadczeniem, iż obcował z wielkim artystą. Jednak nie udało mu się odkryć żadnej jego tajemnicy. Jak na film, którego produkcja trwała dwa lata, jest  to trochę za mało. Jest bardzo prawdopodobne, że reżyser tak bardzo był zafascynowany swoim bohaterem, tak bardzo pragnął zasłużyć na jego przyjaźń i uznanie, że nie starczyło mu sił, żeby nagiąć go do swojej koncepcji. Oczywiście, o ile w ogóle ją miał.

 

Bywalec

 
 
© 2011 Stowarzyszenie Szukamy Polski
Projekt i wykonanie: G3 Media